Psycholog od środka – MOJE LEKCJE Z TRUDNEGO CZASU: o stresie, autentyczności i … czasem słabości,

Dawno nie było mnie na blogu. Szczerze, zastanawiałam się nawet przez jakiś czas, co dalej, czy pisać, czy tu… Czas pytań i wątpliwości. Ale może do rzeczy. O co chodzi z tym psychologiem od środka, stresem, autentycznością i słabością?

Hmmm, chciałam Wam napisać dziś trochę… o sobie. Bo wydaje mi się, że czasem psycholodzy są jakby nadludźmi, którzy wszystko wiedzą, na wszystko mają poradę, radzą sobie świetnie z wszystkimi emocjami…

Tymczasem dla mnie psycholog to po prostu człowiek. Według twórcy psychologii humanistycznej, Carla Rogersa, jedną z cech psychologa i psychoterapeuty powinna być autentyczność. Autentyczność, czyli bycie sobą. Człowiekiem. Zwyczajnym. Zgodnością uczuć i zachowania.

A więc, psycholog, jak jest smutny, to jest smutny. Ma oczywiście metody radzenia sobie z tym smutkiem lepiej niż większość osób – praca z przekonaniami, docieranie do swojego wewnętrznego dziecka, dostarczanie sobie pozytywnych wrażeń itp. itd. A czasem to lepiej oznacza, że ten smutek trzeba przeżyć. Nie uciekać od niego, nie chować go pod dywan, nie trzymać pod wodą jak balonik, bo… im więcej energii inwestujemy w odpychanie emocji i walczenie z nimi, tym bardziej one walczą z nami, i tym mniej energii mamy my.

To był dla mnie dość trudny czas. Szczerze pisząc, przesadziłam. I piszę to po to, żebyście Wy na tym skorzystali. A czas przed tym trudnym czasem był trochę moim eksperymentem – ile się da z siebie wycisnąć, ile się da siłą woli, pozytywnym myśleniem, przeformułowywaniem, proaktywnością… No i oto wnioski.

Po pierwsze, da się dużo. Ale nie wszystko. Czasem, jak już pisałam chyba wcześniej, życie torpeduje nasze plany i robi swoje.

Po drugie, czasem jak życie robi swoje i torpeduje, może warto się na chwile zatrzymać, bo… może życie ma rację? Byłam na najlepszej drodze do zostania psychoterapeutką poznawczo-behawioralną w Lublinie, ale czasem miałam wrażenie, że wszystko to jakby pod wiatr. Więc kiedy na chwilę w końcu naprawdę zabrakło mi sił… zaczęłam się zastanawiać. Zagłębiać w siebie. Czy tego chcę? Czy Lublin? Czy psychoterapia? I wyszło, że nie. Że zawsze tęskniłam za morzem. Za pewną wolnością, przestrzenią i wiatrem, który tylko tu czuję. W Gdańsku. Stąd przeprowadzka. A co do terapii, to, czego się nauczyłam na pierwszym roku studium na pewno ze mną zostanie, ale spotkałam coś lepszego – metodę SelfReg. Być może kiedyś to wszystko połączę.

Po trzecie, biologia to biologia. Jako mama trójki dzieci, w tym jednego malucha z biznesem i wielkimi planami po części świadomie zdecydowałam na jakiś czas, że plany ważniejsze niż sen 😉 Po części to był test – „Dobra, zobaczymy jak będzie”. Można świetnie radzić sobie z myślami, emocjami, panować nad stresem, ale jak człowiek sypia zbyt mało i ciągle jest w biegu, ciało po pewnym czasie upomina się o swoje. I czasem robi to cichutko, a jak nie działa, zaczyna bębnić po emocjach. I czasem to trudno już zatrzymać myśleniem i wszystkimi tymi technikami, które zazwyczaj działają. I w najmniej odpowiednim momencie mówi „Mam dość. Wszystkiego”. Więc warto zadbać o tę cielesną sferę. O odpoczynek. O doładowywanie baterii. Bo bez nich ani rusz.

Po czwarte, wszyscy mamy chwile słabości. Mniejsze lub większe. I potrzebujemy wsparcia. Ludzkiego kontaktu. Czasem wsparcia emocjonalnego. Niekoniecznie doradzania. Kiedy byłam w dołku, zauważyłam, że ludzie mają tendencję do radzenia. Robią to w dobrej wierze – chcą nam pomóc szybko rozwiązać problem. Szukania dobrych stron, przypominania, by myśleć pozytywnie, być wdzięcznym. Wszystko to pięknie. Wszystko to działa. Ale czasem są takie momenty, że chciałoby się zwykłej ludzkiej empatii. Prawdziwego kontaktu. Zrozumienia i kiwnięcia głową „Wiem, że Ci trudno. Ale jak Cię znam, to dasz sobie radę? Czy jakoś mogę Ci pomóc?”.

Po piąte, ja wybieram nie do końca optymizm (zwłaszcza nie tzw. hurra-optymizm), ale realizm połączony z nadzieją i zaufaniem do siebie. To trochę podobne do optymizmu, ale wolę realistycznie ocenić sytuację, a mieć nieco zbyt duże zaufanie do swoich sił i myśleć „Ok, na pewno sobie z tym poradzę.” W ten sposób rosnę, ale nie ryzykuję aż tak częstego zderzania się ze ścianą.

Po szóste, możliwe jest równoczesne przeżywanie uczuć typu smutek, złość, lęk i cieszenie się życiem pomimo to, czerpanie radości z drobiazgów. To dla mnie naprawdę jest uważność.

Po siódme, trudne chwile budują odporność psychiczną, o ile umie się z nich korzystać. O odporności psychicznej już wkrótce napiszę więcej, bo właśnie ten temat mocno mnie zainteresował. Czas na nowe testy 😉

To moje lekcje.  Znajdzie się jeszcze kilka. Może i o nich napiszę.

No i powiedzcie mi, że z trudnych momentów się nie korzysta.

Może i Wam się przydadzą te lekcje. Na szczęście ludzie mają tę piękną cechę, że uczą się na doświadczeniach innych ludzi.

Jeśli macie ochotę, podzielcie się ze mną swoimi przemyśleniami. Na temat trudnych chwil, odporności psychicznej, autentyczności. Na temat swoich lekcji.

PS. No, musi być jakieś PS.

Po ósme, w życiu zazwyczaj (niemal) równocześnie przydarzają się i dobre, i złe/trudne dla nas rzeczy. To, które dostrzeżemy, zależy od tego na czym się koncentrujemy. Te negatywne zazwyczaj przeżywamy silniej (taka natura mózgu, która nieraz uratowała nasz gatunek z opresji w czasach prehistorycznych), ale to oznacza, że pozytywów nie widać za bardzo na autopilocie. Czasem dostrzeganie wszędzie negatywów to tyko nawyk narzekacza. A czasem coś więcej – negatywne zniekształcenie poznawcze, wynik stresu (nieraz też tego ukrytego, którego na co dzień nie postrzegamy już nawet jako stres – kiepskiej diety, niewyspania, zbyt małej ilości ruchu, a nawet… tak, tak, czasem nawet niewygodnych krzeseł i zbyt jaskrawego światła w miejscu pracy). Im więcej stresu i mniej energii w nas, tym trudniej pozostać po „jasnej stronie mocy”. Więc mózg, żeby zaoszczędzić energię, przełącza się w „tryb przetrwania”, przy okazji nie wyłączając naszego wewnętrznego alarmu tak na wszelki wypadek. Nasz , układ nerwowy cały czas wyszukuje zagrożeń, a pozytywy… hmmm…

Czasem wystarczy się tylko wyspać i odpocząć. (Matkom polecam tak ze 2 miesiące ;-))

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s